parafianidzica@wp.pl
13-100 Nidzica
ul. Żwirowa 4
tel/fax  0896252605

nr konta parafialnego:
91 8834 0009 2001 0000 0446 0001

 

 
Start arrow Aktualności arrow Klinika- w której uzdrawia Jezus
Klinika- w której uzdrawia Jezus PDF Drukuj Email
Wpisał: ks. Adam Turek   
28.10.2006.

   Klinika, w której uzdrawia Jezus                KATARZYNA BOR   za "W Drodze 9/2006"

Możecie powstrzymać historię narkotyków! — woła ze sceny zbudowanej na szczycie wzgórza Saluzzo siostra Elvira Petrozzi, niewysoka włoska zakonnica o przenikliwym spojrzeniu. — Cierpienie, którego doświadczyliście, nie musi stać się udziałem waszych dzieci!

  Kiedy 23 lata temu siostra Elvira Petrozzi opuszczała macierzyste zgromadzenie po niemal 30 latach życia zakonnego, aby ratować narkomanów żyjących na ulicy, otrzymała od biskupa diecezji Saluzzo (w Piemoncie w północno–wschodnich Włoszech) dom. Stał na bezludnym wzgórzu nad miastem, nie miał okien i drzwi, nadawał się wyłącznie do remontu.

Tymczasem Elvira nie miała ani pieniędzy, ani fachowej wiedzy — nie miała nic oprócz głębokiej wiary w Bożą Opatrzność. Dużo czy mało? Chyba w sam raz, skoro dziś obok pokrytego żółtym tynkiem domu zwanego Casa Madre (Dom Matka) ustawiono ogromny, biały namiot. W dniach 13–16 lipca 2006 roku na Festa della vita — Święto Życia, odbywające się w rocznicę powstania wspólnoty Cenacolo (Wieczernik), którą założyła — przybyło około 600 dziewcząt i chłopców ze wspólnoty oraz prawie 2000 gości: ich rodziców i przyjaciół. Siostrę Elvirę nazywają Mamą i słuchają jej bez dyskusji: — Kiedy trzeba — przytuli, kiedy zaś trzeba komuś dać po głowie — też to zrobi!

Gdzie jest Maryja, tam jest Wieczernik

Dlaczego Cenacolo? — Naszej wspólnocie patronuje Maryja. A gdzie jest Maryja w Kościele, tam jest wieczernik, tam razem z Nią się oczekuje, wzywa i otrzymuje Ducha Świętego, który oczyszcza i przemienia nasze życie — wyjaśnia don Stefano, odpowiedzialny za wspólnotę.

Wspólnota powstała, jak czytamy na stronie internetowej, „z wyobraźni Ducha Świętego i poprzez intuicję pewnej kobiety, siostry Elviry”. Przygarnia zbuntowanych, rozczarowanych, uzależnionych, młodych ludzi, którzy pragną odnaleźć na nowo radość i sens życia. Wielu z nich po przebyciu własnej drogi we wspólnocie pozostaje w niej, żeby służyć innym poprzez życie konsekrowane lub rodzinne. Między innymi w domach misyjnych w Ameryce Południowej, do których przyjmuje się dzieci żyjące na ulicy. Inni zaczynają nowe życie: zakładają rodziny, pracują.

— Siostra Elvira mówi, że trzy lata drogi, życia we wspólnocie, to minimum, które jest potrzebne, żeby chłopak mógł zmienić coś na stałe w swoim życiu — tłumaczy Hubert, młody Polak żyjący w domu wspólnoty w Jastrzębiu–Krzyżowicach na Śląsku. — Po tym czasie można zostać, żeby oddać chociaż cząsteczkę tego, co otrzymaliśmy. Nie jesteśmy w stanie zapłacić za uratowane życie. Kiedy wstępowałem do wspólnoty, byli w niej „starsi”, którzy przeżyli tam 4–5 lat. Byli właśnie po to, żeby mi pomóc w odkryciu, że moim największym problemem w życiu nie były narkotyki, tylko inne sprawy, które doprowadziły mnie do narkotyków. Teraz uczę się przezwyciężać mój egoizm, służąc „młodszym”, którzy są tu krócej niż ja.

Z ciemności do światła

Trudno uwierzyć, że setki młodych ludzi, którzy mnie otaczają, to w większości narkomani cudem wyrwani ze szponów śmierci. W gwarze rozmów najwyraźniej słychać dźwięczny język włoski — nie tylko dlatego, że jesteśmy we Włoszech. W domach wspólnoty na całym świecie mówi się głównie w tym języku. Młodzi z wielu krajów, którzy uczą się go niemal zaraz po wstąpieniu do wspólnoty, mogą dzięki temu, mieszkając razem, porozumieć się, modlić i zawierać przyjaźnie. Dzisiaj w Saluzzo w tłumie wyróżniają ich różnokolorowe koszulki z jednakowym nadrukiem: sylwetki dwojga dzieci, które, trzymając się za ręce, idą w stronę światła. Luca, uśmiechnięty Włoch o rękach pokrytych tatuażami, który wstąpił do wspólnoty 14 miesięcy temu, wyjaśnia mi znaczenie tego rysunku: — To proste: droga każdej osoby we wspólnocie wiedzie dalle tenebre alla luce, z ciemności do światła. Słońce oznacza Światło Chrystusa, Jego zmartwychwstanie, ale także i nasze. Tutaj bowiem zmartwychwstajemy ze śmierci, którą niosły nam narkotyki, przemoc, strach.

— Wcześniej nie miało dla mnie znaczenia, co jest dobre, a co złe — opowiada Luca. — Od 15 roku życia brałem narkotyki, kradłem, napadłem na bank i takie życie wydawało mi się piękne. Potem, stopniowo, wszystko zaczęło się walić: siedziałem w więzieniu, z powodu narkotyków umarł mój brat. Dzięki osobom, które modliły się za mnie, życzyły mi dobrze, znalazłem się we wspólnocie. Zmartwychwstałem po 15 latach życia w ciemnościach. Chciałbym kiedyś pojechać na nasze misje, żeby opiekować się dziećmi ulicy. Nieważne gdzie. Ważne, żebym umiał dawać innym siebie, dawać miłość, bo wcześniej tego nie potrafiłem.

Czy rzeczywiście wierzą, że Jezus przebaczył im całe zło, w którym żyli? Siostra Elvira mówi:

— Mamy szczęście, że jesteśmy słabi! Inaczej nie byłoby nam potrzebne Boże Miłosierdzie!

Módl się i pracuj

Rada św. Benedykta sprawdza się w codzienności Cenacolo. Dzień żyjących we wspólnocie chłopców, dziewcząt, konsekrowanych i rodzin od pobudki o 6.00 do gaszenia światła o 22.00 wypełniony jest pracą i modlitwą.

— We wspólnocie nigdy nie jesteśmy sami. — Hubert wstąpił do Cenacolo pięć lat temu. — Kiedyś robiliśmy wszystko sami, decydowaliśmy sami, próbowaliśmy być niezależni od rodziny, przyjaciół, pracodawców, a tu musimy się uczyć wspólnoty. Żaden chłopak nigdy nie będzie tu sam, nieważne, jak długo przebywa we Wspólnocie. Pracujemy razem: w ogrodzie, oborze, stolarni czy w warsztacie. Podczas pracy staramy się ze sobą rozmawiać, zwykle na poważne tematy, chociaż czasem żartem też można komuś pomóc. Dbamy, żeby praca, której nie można wykonać wspólnie, np. koszenie trawy czy praca w kuchni, nie zajmowała całego dnia; czas wolny zawsze trzeba spędzać z kimś, chociaż parę godzin dziennie. Nasze prace są proste: hodujemy warzywa, zwierzęta, sami remontujemy nasze domy, gotujemy, a także pierzemy ręcznie swoje ubrania. Dużo się modlimy: rano pierwsza część Różańca, najczęściej w kaplicy, na kolanach, przed Najświętszym Sakramentem. Druga część, bolesna — podczas pracy, zawsze w intencji siostry Elviry — to niewiele, ale tak chcemy jej podziękować; trzecia, chwalebna, to najczęściej rosario camminato — modlitwa odmawiana podczas spaceru. Oprócz tego mamy osobistą adorację — wstajemy wtedy o 2.00 w nocy lub o 5.00 rano, oraz wieczystą: polega ona na tym, że o każdej porze w jakimś domu wspólnoty na świecie ktoś trwa na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. I najważniejsze: co najmniej dwa razy w tygodniu uczestniczymy w mszy świętej.

Bóg się zatroszczy

Rodzice, którzy pół roku, rok czy dwa lata temu przyprowadzili do wspólnoty swoje umierające dzieci, szeroko otwierają oczy ze zdziwienia: to, czego nie mogły zmienić leki, terapie, psychiatrzy — leczy wspólnota.

— Mamo, mam tu wszystko, co mi jest potrzebne. Jeśli czegoś mi zabraknie, dadzą mi… — tłumaczy jasnowłosa Magda swojej mamie, zdumionej przemianą córki. — Nie, nie dawaj mi ubrań. Te, które tu mam, może nie są tak piękne, ale przecież naga nie chodzę…

— Tu, we wspólnocie, znajdujemy najlepsze lekarstwo, które leczy nasz strach, lęki i cierpienie — ojciec Francesco Peyron, opiekun duchowy i spowiednik w domach wspólnoty, objaśnia istotę Chrystoterapii stosowanej w Cenacolo. — Znajdujemy Jezusa. On zaspokoi nasze pragnienie lepiej niż cola, fanta czy alkohol. Tu, na tym wzgórzu jest klinika. Klinika życia, klinika, w której uzdrawia Jezus!

We wspólnocie nie ma wizyt lekarskich, tabletek, zastrzyków. Jest modlitwa, praca i przyjaźń. Nie ma też dotacji państwowych — jest twarda szkoła ufności pokładanej w Bożej Opatrzności.

— Dla wielu chłopców i dziewcząt pieniądz był krokiem do śmierci, ponieważ wydawali oni czasem 300 euro w ciągu dnia na narkotyki — mówi siostra Elvira. — Z tego powodu musieliśmy wykluczyć z naszej terapii to zabezpieczenie ludzkie, którym jest pieniądz. I w ten sposób wspólnota dokonała wielkiego wyboru wolności.

Cenacolo utrzymuje się z własnej pracy oraz z otrzymywanych darów. Dio provvede — Bóg się zatroszczy — ta ewangeliczna prawda powala na kolana, kiedy się słyszy, że w ciągu 23 lat otwarto 50 domów wspólnoty na całym świecie… Podczas kazania o swoich początkach życia we wspólnocie opowiada don Ivan Filipowić:

— Także ja 12 lat temu, kiedy rozpocząłem życie we wspólnocie w Ugljane w Chorwacji, byłem od 10 lat narkomanem: rozbity wewnętrznie, „w kawałkach”, jak tu mówimy. Na początku nie rozumiałem zupełnie nic z tego, czym żyje wspólnota. Chłopcy ciągle się modlili o dary Opatrzności Bożej, bo mieliśmy wszystkiego bardzo mało, jedliśmy bardzo skromnie. Śmiałem się z nich, bo wówczas nie miało to dla mnie sensu. Pewnego dnia rozmawialiśmy o tym, co każdy z nas przeżywa. Wtedy chłopak, który był moim tłumaczem, bo nie znałem wtedy jeszcze włoskiego — zaczął płakać. Wieczorem chłopcy wyjaśnili mi, że właśnie „zdradziliśmy” Bożą Opatrzność: we Wspólnocie jest zasada, że modlimy się o to, czego naprawdę potrzebujemy, i nikogo o nic nie prosimy. A on poprosił naszych przyjaciół, żeby przywieźli kawę, która nie jest konieczna do życia. I płakał, bo poczuł swoją winę. Łzy tego chłopaka były czymś — kończy don Ivan — co po raz pierwszy od wielu lat dotknęło mojego serca…

Zakochani w życiu

Na prosty styl życia we wspólnocie składają się: praca i przyjaźń. Jednak w centrum dnia, także tego świątecznego, zawsze pozostaje modlitwa:

— To miejsce, ten namiot za chwilę stanie się naszym kościołem, miejscem naszej modlitwy i wiary — mówi do mikrofonu don Stefano. Na scenie, gdzie jeszcze kilkanaście minut temu młodzi ze wspólnoty dawali świadectwo radości życia poprzez śpiew i taniec — ustawiono ołtarz, przykryty białym obrusem, wokół którego gromadzi się kilkudziesięciu kapłanów różnych narodowości; wśród nich rozpoznaję ks. Jana z Krzyżowic koło Jastrzębia, gdzie znajduje się jeden z trzech polskich domów wspólnoty. Śpiewana przez nas pieśń modlitwa wyraża istotę święta, w którym uczestniczę: „fammi innamorare della vita mia — spraw, żebym zakochał się w moim życiu”…

Tę modlitwę o miłość do życia kontynuujemy podczas adoracji: don Massimo ujmuje w dłonie prostą monstrancję z Chrystusem Eucharystycznym i, idąc między klęczącymi, błogosławi ich. Na rękach wielu osób wokół mnie widać ślady cierpienia: ślady po samookaleczeniach, blizny, tatuaże. Największe rany są niewidoczne, i to one właśnie są treścią modlitwy odpowiedzialnych za wspólnotę:

— Uzdrów, Jezu, serca tylu ojców i matek, tylu młodych, którzy nie wiedzą, po co żyją… którzy ranią się nawzajem. Którzy nie akceptują siebie, swojego ciała, niszczą je i zadają sobie ból. Uczyń nas, Jezu, podobnymi Tobie w miłości, radości, dawaniu siebie…

Tam, gdzie kocha się Jezusa, tam kocha się życie. Gdzie kocha się życie — kocha się życie, które się odradza — czyli dzieci. To właśnie one — urodzone we wspólnotowych rodzinach są sercem wspólnoty, a także świadectwem, że jak mówi siostra Elvira, „nigdy ostatnie słowo nie będzie należało do śmierci”. I, według słów don Stefano, „życie jest najpiękniejszą historią miłości”, dlatego na zakończenie Eucharystii prosi, żeby przyniesiono najmłodsze dziecko we wspólnocie — malutką Chiarę.

— Dopiero co ochrzczona, pięć dni temu — oznajmia wśród oklasków i wznosi do błogosławieństwa ręce, w których trzyma małą. — Niech was błogosławi Bóg Wszechmogący, Ojciec i Syn, i Duch Święty…

28–letni Adam przeżył we wspólnocie cztery lata. Po roku życia na zewnątrz dokonuje małego podsumowania:

— Wcześniej było wiele lat zakłamania, narkotyki. Wkroczenie w normalne życie i osiągnięcie pewnej stabilizacji wymaga sporo pracy nad sobą i dużo czasu. Wspólnota to tylko początek, dobry fundament pod budowę normalnego, godnego życia. Czuję, że po roku od wyjścia ze wspólnoty nadal zmierzam w dobrym kierunku. Zdana matura, stała praca, dobry kontakt z rodziną i bliskimi dodają mi sił. Ktoś może powiedzieć, że to rzeczy niewielkie, zwyczajne; a przecież tak wiele znaczą dla człowieka, który był na samym dnie, o krok od śmierci…

Czy wszyscy wygrywają walkę o swoje życie tak jak Adam? Na Święto Życia przybyło wielu ex, chłopców i dziewcząt, którzy we wspólnocie zmienili swoje życie. Kontaktują się z braćmi, którzy są jeszcze w drodze. Nie wszyscy…

— Czasem ktoś z powrotem wpada w kłopoty, czasem bierze narkotyki — mówi Hubert. — We wspólnocie mówimy wtedy, że ponownie upadł. Zawsze jednak może tu wrócić. Wspólnota szanuje chłopaka za to, że po upadku potrafi prosić o pomoc. Jeśli jest taka sytuacja, we wspólnocie mówimy o tym, bo nie jest to normalne, gdy ktoś ponownie upada, no, może jest to 10–20 procent… Niedawno jeden z chłopaków ex wrócił do narkotyków i zmarł z tego powodu, ale równocześnie znam trzydziestu, którzy założyli rodziny, znaleźli pracę…

Na scenie, w przytłumionym świetle stoi kilku chłopaków. Ubrani w błyszczące stroje wyglądają jak identyczne lalki: ich twarze zakrywają biało–kolorowe maski. Rozlega się muzyka. Rozpoczyna się taniec: chłopcy poruszają się tak, jakby ktoś pociągał za niewidoczne sznurki. Na naszych oczach rozgrywa się dramat człowieka pozbawionego woli. Nagle — na postać tańczącą w pierwszym rzędzie pada promień światła. Chłopak zaczyna walczyć, jego ruchy stają się coraz bardziej swobodne, w końcu zrywa maskę: ukazuje się błyszcząca od potu, uśmiechnięta twarz Karola, który zbiega ze sceny, wpadając prosto w ramiona siostry Elviry. Wzgórzem wstrząsają oklaski, które słychać chyba na dole, w mieście… Karol wraca na scenę, dalej tańczy bez maski — zostawił ją w rękach siostry Elviry… — i pomaga zerwać maski kolegom. Razem tańczą, przy wtórze niecichnącego już aplauzu — taniec wolności i radości. Pół dnia wcześniej, w homilii, don Ivan mówił:

— Zobaczcie, jaką walkę toczymy we wspólnocie. Kiedy jednak po walce odkryjesz wspólnotę, odkryjesz wolność, odkryjesz Jezusa — wtedy chcesz już tylko pozbyć się maski, którą nosisz na twarzy…

Gdzie ci narkomani?

— Co dzień dzielimy się Ewangelią — opowiada Hubert. — Ktoś czyta głośno fragment Ewangelii, mówi, co go w nim poruszyło, i opowiada, jak przeżył dzień. Wiele osób po raz pierwszy w życiu Pismo Święte, słowo Boże poznaje właśnie we wspólnocie. I doświadcza, że nie jest ono oderwane od naszego życia, ale przeciwnie — że odnajdujemy je w naszej codzienności. Dzielenie się tym, co przeżywamy, pomaga nam stanąć w prawdzie wobec nas samych, zrozumieć, co musimy zmienić w naszym postępowaniu.

Ostatni wieczór świętowania to muzyczno–taneczny recital — przygotowany z rozmachem, z dbałością o najdrobniejsze szczegóły, ilustracja rozważanej we wspólnocie każdego dnia Ewangelii: życie Jezusa od cudownego rozmnożenia chleba, poprzez ustanowienie Eucharystii, aż do zmartwychwstania.

W scenie, w której kobiety biegną do grobu Jezusa, aby namaścić Jego Ciało — anioł zawołał… głosem siostry Elviry:

— Dlaczego szukacie żywego pośród umarłych? Nie ma Go tu — zmartwychwstał.

Nazajutrz — tuż przed zakończeniem święta — jeden z księży, przyjaciół wspólnoty opowiada o swoim pierwszym spotkaniu z Cenacolo:

— Chłopcy przyjęli mnie z radością. Odprawiłem mszę świętą, porozmawialiśmy chwilę, w końcu nie wytrzymałem i pytam: „No dobra, wy jesteście wspólnotą, ale gdzie są ci narkomani?”.

— No, i teraz już wiem! — kończy swoje opowiadanie. — Nie ma ich tu. Zmartwychwstali!

 

  • KATARZYNA BOR ur.1972, absolwentka teologii na KUL–u, katechizuje dzieci i młodzież w Wodzisławiu Śląskim, od trzech lat zaprzyjaźniona ze Wspólnotą Cenacolo.

 

Zmieniony ( 10.02.2007. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
(C) 2006-2017 Parafia Błogosławionej Bolesławy Lament w Nidzicy